wtorek, 30 kwietnia 2019

Pięć rzeczy, które straciłam i pięć, które zyskałam będąc na emigracji.

Święta, święta i po świętach. Ten okres świateczny zawsze nastraja mnie sentymentalnie. A dlaczego tak mnie nastraja, bo inaczej święta przebiegają na emigracji. Jak wielokrotnie wspominałam życie na emigracji nie jest łatwe pod wieloma względami. Zastanawiają mnie też różne inne sprawy, które leżą mi na sercu. Tęsknota, smutek, a może radość i inne życie......cienie i blaski życia na emigracji. Dziś pragnę przedstawić wam pięć rzeczy, które straciłam i pięć, które zyskałam będąc na emigracji. 
Zainteresowanych tą tematyką zapraszam do dalszego czytania. 😉


Zacznę może od tych smutnych pięciu rzeczy,  a potem opiszę te pozytywne, żeby zakończyć mój post bardziej optymistycznie. 


Pięć rzeczy, które straciłam będąc na emigracji:

1/ RODZINĘ i wspólne rodzinne święta, czy spotkania.  Będąc w Polsce czasami denerwowały mnie rodzinne spotkania, kłótnie o błahe i banalne rzeczy. Dzisiaj mi tego bardzo brakuje...... tych rodzinnych spotkań, imienin, urodzin, czy innych imprez. Tęsknię za tym, ale to dopiero odczułam będąc na emigracji. Będąc daleko od mojej rodziny i bliskich. Dzwonię dość często do nich, ale telefon nie zastąpi spotkania w cztery oczy, dotyku, przytulenia .......po prostu bycia wśród nich. 


2/ POLSKIE JEDZENIE .....pieczywo, wędliny, sery i ciasta. Oboje z mężem uwielbiamy polskie jedzenie i mimo, że gotujemy po polsku to często brakuje nam polskich produktów: pieczywa, wędlin, sera i ciasta, a nawet polskich jabłek, czy gruszek. Jest polski sklep, ale tam nie mają wszystkiego. Piekarnie czy cukiernie w Polsce moim zdaniem są na bardzo wysokim poziomie i produkty ich są bardzo smaczne. Mój mąż nie znosi amerykańskiego chleba, tak więc zaczął piec chleb w domu, ale to nie jest to samo ......nie ma dobrej mąki. Ciężko jest też zrobić zakwas to już nie jest to samo .....tak więc tęsknota doskwiera.




3/ MOJE MIESZKANIE I MIASTO WROCŁAW. Ciężko było mi opuszczać moje wypielęgnowane mieszkanko, tak samo jak i  mój kochany Wrocław. Tam miałam swoje ulubione  sklepy, kina i kawiarnie. Tam też zostawiłam swoich znajomych i przyjaciół z którymi lubiłam spędzać wolny czas. Miałam też swoje ciekawe miejsca na wycieczki rowerowe .... oj brakuje mi tego bardzo. Za każdym razem gdy jesteśmy w Polsce i odwiedzamy Wrocław to często wracam do tych ulubionych miejsc. 


4/ BRAK JĘZYKA OJCZYSTEGO przy załatwianiu codziennych spraw. To duże ułatwienie jeśli idziesz do banku, sklepu czy biblioteki i możesz porozumieć się w swoim  ojczystym języku. Tutaj tego nie ma, trzeba się dużo nagimnastykować, żeby cię wszyscy zrozumieli. Bo często nie ten akcent, źle wypowiedziane słowo może być różnie interpretowane. Nie zdajecie sobie kochani sprawy jakie to jest utrudnienie. A jeszcze trzeba poznać system .....jak wszystko działa, jak się poruszać w nowym otoczeniu, jak normalnie żyć i funkcjonować. 
Pamiętam, że na początku bałam się nawet wychodzić na dwór wieczorami..... ktoś mnie zaczepi, zagada lub napadnie..... taki nieuzasadniony strach przed nieznanym. 

5/ MOŻLIWOŚĆ PODJĘCIA PRACY związanej z moim wykształceniem i doświadczeniem. Jak większość z Was wie, jestem z wykształcenia nauczycielem nauczania początkowego i wychowania przedszkolnego. Myślałam, że będę tutaj pracować z dziećmi, ale jak się okazało nie jest to takie proste. Amerykańskie dzieci są zupełnie inne niż polskie .....myślę, że bardziej wymagającei rozpuszczone. W USA jest też inny system nauczania.  Bariera językowa spowodowała także, że nie podjełam się pracy z dziećmi. Robię zupełnie coś innego niż zamierzałam, ale nie ubolewam z tego powodu, przyjamniej mam spokojną głowę. 


Pora na pozytywne aspekty, które zyskałam przeprowadzając się na Florydę. 

Pięć rzeczy, które zyskałam będąc na emigracji:

1/ MIŁOŚĆ. To właśnie miłość i poznanie mojego wspaniałego męża i prawdziwego przyjaciela sprawiło, że przeprowadziłam się na Florydę i założyłam własną dwuosobową rodzinę.  Może nie dokońca dwuosobową, bo jest jeszcze nasza suczka Fiona. 💓🐶 💋


2/ MIESZKANIE W TROPIKACH - miejscu wiecznych wakacji. Jak oczywiście wiecie kochani nie znoszę zimy, zimna i pluchy, tak więc zamieszkanie na pięknej słonecznej Florydzie to było spełnienie moich marzeń. Ciepło, ocean i plaża to jest to o czym większość z nas marzy.....a ja mam na wyciągnięcie reki. Choć czasami upał ten daje mi w kość ......to wolę jednak to ciepło, niż przeszywający mróz. 


3/ WIĘKSZA MOŻLIWOŚĆ PODRÓŻY i poznawania innych kultur. Ta łatwość w podróżowaniu dała mi tyle radości i satysfakcji. Będąc 8 lat na emigracji o wiele więcej zwiedziłam i zobaczyłam, niż przez 35 lat mojego życia w Polsce. Nie były to jakieś bardzo odległe podróże, ale cieszyły mnie zarówno te małe jak i duże. Dodatkowy bonus to możliwość poznawania innych kultur. Jak wiecie kochani w USA mieszkają ludzie z całego świata, jest to tak zwany "melting - pot tygiel" kukturowy. Szczególnie na Florydzie jest niesamowita "mieszanka" i tak naprawdę trudno napotkać na rdzennego Amerykanina. Dzięki temu można poznać ich kulturę, sposób bycia a także ich zwyczaje....... ciekawe i interesujące doświadczenie. 


4/ DOSTĘP DO KUCHNI Z CAŁEGO ŚWIATA. To ma odzwierciedlenie w tym, że w USA są ludzie z całego świata. Można, więc próbować kuchni zarówno chińskiej, wietnamskiej, kuchni włoskiej, francuskiej czy irańskiej. Można spróbować sushi, owoców morza, egzotycznych owoców ....... czego tylko dusza zapragnie. Ja dopiero będąc na Florydzie próbowałam wielu dziwnych i egzotycznych potraw. Pierwszy raz jadłam ślimaki czy sushi,  które teraz uwielbiam. Jest tyle dostępnych różnorodnych restauracji, że aż "głowa boli". Amerykanie uwielbiają stołować się poza domem, tak więc ta różnorodność jest mile widziana. 
Oczywiście nie wszystko każdemu będzie smakować, ale warto skosztować i się przekonać co lubimy a co nie.  


5/ CELEBROWANIE AMERYKAŃSKICH WAŻNYCH ŚWIĄT, których u nas nie ma. Amerykanie naprawdę potrafią świętować i celebrować każdą okazję. Dla mnie osobiście wspaniałym świętem jest Święto Dziękczynienia  (Thanksgiving), gdzie każdy obojętnie na religię, wyznanie czy kolor skóry zasiada do wspólnego stołu i dziękuję za to co ma. Dzień Niepodległości, czyli 4 lipca (Independence Day) to kolejne święto, które jest tutaj hucznie obchodzone ......na paradach,  w parkach przy fajerwerkach i świetnej zabawie.
Zapomniałabym wspomnieć o Halloween, gdzie tłumy przebierańców wychodzą na ulicę a pomysłowość tych strojów osobiście mnie zachwyca.  

Jestem bardzo ciekawa co Wy kochani straciliście a co zyskaliście będąc na emigracji? Piszcie. 

Zapraszam również na mój:

...........................................................................
DZIĘKUJĘ ZA KAŻDY KOMENTARZ. ㋡  / THANK YOU FOR YOUR COMMENTS. ㋡  
KOMENTARZ POJAWI SIĘ PO ZATWIERDZENIU PRZEZ WŁAŚCICIELA BLOGA. /ALL COMMENTS WILL APPEAR AFTER APPROVAL  BY THE BLOG OWNER. 
WSZYSTKIE KOMENTARZE ZAWIERAJĄCE LINKI (DO BLOGÓW, SKLEPÓW ITP.) NIE BĘDĄ UDOSTĘPNIANE NA BLOGU.
COMMENTS CONTAINING ALL LINKS (TO BLOGS, SHOPS ETC.) WILL NOT BE SHARED TO BLOG.

10 komentarzy:

Unknown pisze...

Świetny post. W tej chwili napiszę tylko jedno, bo jestem pewna, Asiu, że to kolejna wartość, jaką zyskałaś, a raczej udało Ci się, dzięki wyjazdowi, zachować -to umiejętność zachwytu, pogoda ducha i optymizm. Zapewniam Cię, w Polsce nie udałoby Ci się nie ulec frustracji, poczuciu rezygnacji. Nie piszesz, że, oprócz zawodu nauczycielki, zdobyłaś w Polsce jeszcze wiele innych ważnych kwalifikacji, ukonczyłaś studia podyplomowe, masz bardzo szerokie wykształcenie. W Polsce nikt tego nie docenia, depcze się poczucie wartości człowieka, żyłabyś i pracowałabyś, przekonana, że wszystko jest bez sensu. Tam, z Nicholasem u boku, z pewnością możesz żyć pełnią życia. Wszędzie są plusy i minusy, jednak w Polsce trudno już o równowagę, Tobie udało się określić pół na pół - 5 wad i 5 zalet życia na emigracji, mnie trudno dziś znaleźć chociaż trzy zalety życia w Polsce, wady przeważają, niestety. Pozdrawiam Was serdecznie. S.

Anonimowy pisze...

Rozumiem Cię doskonale, ja wyjechałam do USA również dlatego, że się zakochałam. Smutno mi czasem i gdy coś negatywnego powiem na ten kraj,to od razu słyszę -"to co ty tutaj robisz?". Nie każdy przyjeżdża za chlebem. Powody emigracji są różne, a Ameryka już nie jest tym wspaniałym krajem od dawna. Co do jedzenia, to fakt,ze nie mają pojęcia co to znaczy. Pieczywo jest do d..y. Pozdrawiam serdecznie i życzę Ci wszystkiego co najlepsze.
Dorota z Houston.

Anonimowy pisze...

A nie myslalac, zeby sprobowac poszukac pracy jako 'teacher assistant' na przyklad w daycares? Oni tam nie maja wymagan do studiow, a pozatym mozna jednoczesnie zaczac robic kurs.
A moze poszukaj jakiejs polskiej sobotniej szkoly w okolicy?Jako dodatkowe zajecie i bedziesz miala satysfakcje z nauczania.

Rupieciarnia drobiazgów pisze...

Zawsze się spotytkam z tym że naturalnie brakuje rodziny ...i jedzenia! Każda moja znajoma osoba co jest gdzieś tam w świecie mówi że tamta kuchnie jest smaczna, cieszą się z różnorodności smaków ale ta nasza polska nie ma sobie równych ;) Ach ta miłość, mieszkasz w pięknym miejscu ale mi by brakowało sniegu ;D

Life in America pisze...

Dzikuję za miłe słowa .....tak, tak mam wykształcenie, lecz co z tego jak nie mogę tego tutaj wykorzystać.
Sabinko smutno mi to słyszeć, że w Polsce jest tak dziwnie teraz. Nie szanują nauczycieli.
W sumie to wszędzie są blaski i cienie życia. U nas też nie zawsze jest różowo, ale trzeba cieszyć się tymi dobrymi rzeczami i tak też robię. ;-) Pozdrawiam i życzę optymizmu.

Life in America pisze...

Dziękuję za rady, ale nie chę być już nauczycielem ani 'teacher assistant' .....studiowałam tyle w Polsce, że tutaj już nie mam ochoty. To wszystko też kosztuje, wolę wydać pieniążki na inne rzeczy.

Life in America pisze...

Prawda Doroda każdy ma inne powody dla których emigruje. Gdyby nie miłość to nie przeprowadsziłąbym się na drugo koniec świata. Niczego nie żałuję i cieszę się z tego co mam. Też pozdrawiam ;-)

Life in America pisze...

Rupieciarnia drobiazgów tak to prawda polskiego, pysznego jedzenia trudno zastąpić. Każdy ma swoje preferencje ....mi śniegu nie brakuje. Pozdrawiam serdecznie ;-)

Ania pisze...

Dzien dobry 5.43 Jupiter Floryda
Znalazłam Twoj post i chętnie odpowiem na pytanie
co straciłam ? Mysle ze niczego nie straciłam
Mieszkam w Ameryce 21 lat i jestem w Polsce 3,4 razy w roku , mam w Polsce rodzine i znajomych i utrzymuje kontakt z nimi , nie uwazam
ze straciłam znajomych , rodzine czy inne wartosci bo wiem ze mieszkając w Polsce tez bym nie widziała wszyskich zbyt często
Jedzenie polskie to smaki dzieciństwa , zmieniłam dietę nie jem chleba i innych smakołyków i jeśli mam ochotę na kompot z czarnej pozeczki wskoczę do polskiego sklepu i kupie , tu mozna kupic wszysko co lubie , a wiec straty nie odczuwam .
Język polski używam tak samo jak angielski i fakt robię gafy ale nigdy nie miałam problemu z załatwieniem niczego w Ameryce , czasami valne jakaś bombę i widzę po rozmówcy ze absolutnie nie wie co powiedziałam i szybko to koryguje ��
Praca , jestem Piekegniarka z zawodu , z kompletnego przypadku , skończyłam szkole popracowałam w Polsce i wyjechałam bo w szkole poznałam mojego męża , ktory mieszkał w Ameryce chyba dlatego miałam tam byc ,
Pracuje od 21 lat tylko dla siebie i moje wykształcenie z Polski przydaje mi sie bardzo , ale dokumenty mogłam sobie schować do szuflady , co bez problemu zrobiłam
Co zyskałam
Fantastyczne życie , w pięknych kraju gdzie czuje sie jak w domu ,
Pozdrawiam serdecznie i zapraszam na spotkanie ❤️

Life in America pisze...

Aniu z Jupiter super, że Ci się podoba w USA i jesteś szczęśliwa. Ja też lubię tutaj żyć, ąle czasami tęsknię za tym wszystkim w Polsce. Ty wyjechałąś młodo do Ameryki ja wyjechałam póżno mając dopiero 36 lat, tak więc trochę mieszkałam w Polsce. Zadzroszczę Ci że możesz 3,4 razy w roku jeżdzić do Polski ja nie mogę sobie na to pozwolić. Pozdrawiam serdecznie. ;-)